21-22 grudnia 2002
II Zimowy Spływ Kajakowy z FX-em
W przedświąteczną sobotę i niedzielę 21 i 22 grudnia 2002 r. "FX partnerzy" zorganizowali pod patronatem Gazety Wyborczej "II Zimowy Spływ Kajakowy z FX-em".
W zeszłym roku spływ odbywał się rzeką Wełną, w tym roku śmiałkowie postanowili się zmierzyć z Obrą. Po wcześniejszym rekonesansie został wybrany około 40 kilometrowy odcinek rzeki w okolicach Międzyrzecza. Uczestnikami tej nietypowej imprezy była grupa ludzi związanych z poznańskim szczepem harcerskim "Błękitna Czternastka".
W sobotę rano śmiałkowie szczelnie poubierani w stroje płetwonurków użyczone przez Centrum Działalności Nurkowej "Oceania" dojechali do miejsca startu - mostu nad Obrą w miejscowości Rybojady.
Podczas zdejmowania kajaków z przyczepy nastąpiło pierwsze spotkanie z mocno zdziwionymi ludźmi. To straż leśna z pewnym niedowierzaniem dowiedziała się, że duża zamknięta przyczepa nie jest przeznaczona do transportu choinek lecz przyjechały nią kajaki, i że w taki mróz ktoś będzie spływać rzeką.
Ostanie przygotowania na brzegu - pakowanie rzeczy i ekwipunku we worki foliowe, pamiątkowe zdjęcie i wreszcie start.
Uczestnikami spływu byli:
- Jadwinia Gulińska
- Agnieszka Sokolnicka "Siekacz"
- Marcin Grottel "Grociu"
- Jacek Jakubiak
- Paweł Martinek "Martin"
- Maciej Klimaszewski "Klima"
- Maciej Gramacki "Gramol"
- Antek Guliński
- Jasiu Chmielewski
- Kuba Zygarłowski "Zygacz"
Obsługę techniczną, bez której spływ nie mógłby się odbyć stanowiły dwie wspaniałe dziewczyny: Ala Marciniak i Asia Kaniasta.
Pierwszy etap spływu to dosyć leniwie wijąca się wśród lasów i łąk rzeka - idealna na rozgrzewkę. Po drodze pierwsze zetknięcie z łabędziami, które towarzyszyły kajakarzom przez cały czas. Na brzegach oraz na powalonych, zanurzonych we wodzie drzewach niesamowite lodowe formy. Jedyny przystanek w pierwszym dniu spływu nastąpił przy leśniczówce. Tam kajakarze rozpalili ognisko i zjedli w polowych warunkach obiad.
Drugi etap spływu częściowo odbywał się już po ciemku. Kolejne przeszkody oświetlane były przez latarki czołowe. W pewnym momencie już pod koniec trasy ciemności nocy rozjaśniły dwa błyski a ciszę zmącił ogromny huk. To z niewiadomej przyczyny eksplodował transformator na energetycznej linii napowietrznej. Zgasła łuna wioski Żółwin, do której podążali kajakarze.
Nocleg został zorganizowany w gospodarstwie agroturystycznym w Bobowicku. Wieczorem w restauracji w Międzyrzeczu odbyły się rozgrywki w piłkarzyki. Mimo, przyzwyczajenia dłoni do wioseł zawodnicy całkiem dobrze radzili sobie z obsługiwaniem obrotowych piłkarzyków.
W drugim dniu spływu, podczas pokonywania odcinka rzeki w Międzyrzeczu ekipa dziesięciu kajakarzy (w tym dwie dziewczyny) poubieranych w stroje nurkowe i odblaskowe kamizelki FX wśród jednych wzbudzała podziw inni z niedowierzaniem kręcili głowami.
Po opuszczeniu miasta, nastąpił odcinek rzeki, na który wszyscy czekali. Coraz częściej zaczęły pojawiać się powalone drzewa tworzące naturalne przeszkody, które kajakarze pokonywali w zależności od sytuacji to górą to pod spodem. Coraz częściej też drogę tarasowały kry lodowe. W takich przypadkach niezbędne były czekany do wspinaczki górskiej.
Zimowy spływ dostarczył uczestnikom niezapomnianych wrażeń - obcowanie z przepiękną przyrodą, spotkania rzece z łabędziami oraz zaciekawione na brzegu sarny, lisy a nawet wydry, które harcowały na lodowych taflach zaciekawione widokiem ludzi na rzece na długo pozostaną w pamięci kajakarzy.
Były chwile, kiedy wszyscy płynęli w ciszy aby wsłuchiwać się zimowe odgłosy rzeki - krzyki ptaków, huk pękającego ludu lub po prostu niezmąconą cywilizacją ciszę lasu. W innych momentach grupa przyjaciół prowadziła ożywione dyskusje przy ciepłej herbacie z termosu przekazywanego z kajaku na kajak.
Nie obyło się również bez małych potyczek wodnych czyli takim pokierowaniu innym kajakiem aby "wpuścić" znajomych w gęste chaszcze lub pod lód zalegający na brzegu. W tym roku obyło się bez wywrotek choć były pewne szkody: złamały się dwa wiosła, jeden kajak podczas przybijania do lodowego brzegu został przedziurawiony tak, że nie nadawał się do dalszego spływu i musiał być holowany do najbliższego mostu bez kajakarzy.
Jedyną osobą, która zaznała mroźnej kąpieli w rzece był organizator - Jakub Zygarłowski, który podczas jednej z przeniosek nad powalonym drzewem chciał sprawdzić grubość pokrywy lodowej, z której miały być dalej wodowane kajaki. Lód okazał się jednak zbyt cienki co skończyło się zimowym pływaniem w rzece.
Po zakończonym spływie wszyscy uczestnicy byli zadowoleni, że zamiast biegać pomiędzy sklepowymi półkami w zatłoczonych supermarketach mogli spędzić dwa dni na spływie w pięknej scenerii rzeki Obry.
A oto sprawozdania uczestników:
Only Floating Ice 2002
Rok temu odbyła się taka zabawa beze mnie. Tym razem nie mogłem tego przegapić, a mało brakowało, żebym istotnie nie pojechał. Pomysł "imprezki' można powiedzieć całkiem oryginalny: spływ rzeką w środku zimy!!!- czy ktoś stracił głowę? Najwyraźniej tak bo pojawiło się dziesięciu chętnych.
Naszą rzeką była Obra w okolicach Międzyrzecza bo trwało to tylko dwa dni.
Nasz sprzęt to cztery podstawowe rzeczy niezbędne w tych warunkach (3 stopnie mrozu): Kombinezon nurkowy z cieplej pianki, czekan, wiosło no i kajak. Mając to wszystko i podzieleni na kochery(przypadł mi zaszczyt płynięcia z Antkiem Gulińskim) mogliśmy wodować.
No oczywiście na początek parę fotek żeby uwiecznić nasze piękne jeszcze ciepłe oblicza. Płyniemy!!!
Rzeka szeroka, mały nurcik, lodu praktycznie żadnego tylko na wzdłuż brzegu resztki lodu w postaci płyt o grubości 30cm przypominających, że kiedyś nie wątpliwie była tu epoka lodowcowa. Jak się później okazało płynęliśmy w serce tej śnieżnej krainy.
Po drodze jakieś mosty, może gałąź, czasem Ala (która jeździła autem Zygacza wokół rzeki i robiła nam zdjęcia) ale żadnej kry. Można rzec było "softowo"(przyp. z ang. Soft- miękki, tutaj rzeka mało wymagająca).
Ha!, ale nie na długo bo w stopy zaczyna być zimno jak cholera , no i jak tu zrobić siku będąc szczelnie zamaskowanym obcisłym kombinezonem(niektórzy mieli zamki na plecachJ). Że było nudno(patrz softowo) to trzeba było coś zrobić tj., podroczyć się z innymi kocherami. I tu nasz sprzęt należący do tej "niezbędnej czwórki" ujawnił swe słabości. Bo oto Antkowi złamała się łopatka od wiosła gdy ułatwiał poznanie brzegowej połaci lodu naszym bliskim wioślarzom, a to pech. Do tego ściekająca woda z wioseł zwilżała nasze dłonie dzięki nieszczelnościom startych rękawiczek...
W momencie przerwy obiadowej byłem (przynajmniej ja) na maksa zmarznięty. Kiełbaski z ogniska i obecność kundla który próbował coś od nas wyłudzić poprawiły humorek na tyle ,że mogliśmy ruszyć dalej. Nadchodził zmierzch.
Dzięki czołówce (posiadaliśmy z Antasem taka latarkę i w istocie byliśmy na prowadzeniu) mogliśmy śledzić kaczora który wskazywał nam właściwa drogę po ciemku. Tak dopłynęliśmy do ciemnego mostu (bo wcześniej wysadził transformator robiąc dużo światła na 3 sek. a potem zapadła ciemność w okolicznej wiosce) gdzie czekała na nas Ala.
Drugiego dnia szykowaliśmy się na "odcinek specjalny", taki na którym miały być potrzebne czekany. Na rzece "żyłowaliśmy" z Antkiem dalej nasz sprzęt gdy nie wiadomo jak i dlaczego złamała się mu druga łopatka. Natomiast po nieudanej próbie cumowania przy brzegu za potrzebą nasz kajak zaczął się wypełniać rzeczna woda w dosyć szybkim tempie.
Zaczęliśmy tonąć!!!, Na dziobie była wielka dziura. Tym kajakiem już nie dało się płynąć. Do najbliższego mostu musieliśmy dotrzeć pieszo nasz kajak został wzięty na rufę kajaka Martina.
Na moście po przetasowaniach w ekipach przystąpiliśmy do odcinka specjalnego. Teraz płynąłem z Zygaczem. Rzeka zaczęła robić się naprawdę ciekawa.
To tu to tam leżały sobie drzewka na cala szerokość koryta i do tego zaczął pojawiać się lód. Zaczęła się zabawa wokół panowały dźwięki łamanej kry i wbijającego się czekana, do tego stękania co słabszych majtków na których spoczywał obowiązek przepchnięcia całego kajaku przez lód.
Niestety ta przyjemność trwała krótko bo rzeka zaczęła się rozlewać zamarzać na całej szerokości. No i ludziom w aucie którzy na nas czekali było naprawdę zimno.
Mój pierwszy zimowy spływ dobiegła końca. Wrażenia niesamowite. Jeśli złamane drzewa to dla Was za mało zmierzcie się z floating ice!!!
Jan Chmielewski
No i już po II zimowym spływie kajakowym! Już po, ale z niesamowitymi wrażeniami. W tym roku nie było progów rzecznych, a pierwszego dnia tylko jedno drzewo stanęło nam na drodze. Za to już drugiego dnia, {kiedy dojechali Jadwinia (!!! liczba dziewczyn wzrosła o 100% !!!), Kaniasta (do pomocy Ali, której wszyscy bardzo dziękujemy za towarzystwo), Gramola, Matrina i Jacka}, było dużo przewróconych drzew, rzeka zamarznięta- na to czekaliśmy, w końcu w czterech kajakach był czekan i tylko czekaliśmy aż będziemy mogli go użyć!
Pierwszego dnia płynęłam z Grociem, a drugiego przyjechał mój partner w zeszłego roku, więc płynęłam z Jackiem. Było dużo przewróconych drzew, czyli świetna zabawa, tylko, że my mieliśmy "małe" problemy, żeby uniknąć zderzenia z gałęzią. Po prostu każdą gałąź zaliczaliśmy!!!
Co do lodu...to chyba najciekawszą historią z naszego kajaku jest, próba wpłynięcia na brzeg, ale wcześniejsza próba przebicia się przez lód! Mieliśmy w kajaku dwa czekany, więc jakoś szło. Wbijałam je w lód i za każdym razem gdy ciągnęłam i chciałam wciągnąć kajak głębiej, zamiast kajaku ja wyjeżdżałam z niego.
Po kilku uderzeniach znalazłam się już na kajaku...Podjęliśmy decyzje, że zamienimy się miejscami. I tu pojawił się problem...Wbrew pozorom nie było proste przeciskanie się pod Jackiem...Ala stojąca na moście kwiczała ze śmiechu, ja również pod Jackiem, słysząc głosy z nad siebie "jeszcze trochę, wsuwaj się..." Udało się!!!
Szkody poniesione w tym roku, przebiły zeszłoroczną stratę wiosła! Złamane wiosło- pierwszy dzień- Antek (podczas noclegu naprawione), drugiego dnia- złamane wiosło- Antek- to samo wiosło tylko z drugiej strony, no i oczywiście dziura w kajaku-Antek i Jachu!!!!
Dzięki Zygacz za przygotowanie wszystkiego!!!!! Spływ był super!!!!
Do zobaczenia w przyszłym roku!!!!!
Pozdrowienia
Siekaczka
Spływ kajakowy zimą brzmi szalenie. Teraz, nazajutrz po nim - już nie tak bardzo. Rok temu pomysłodawców miałem za szaleńców, dziś dziękuję im za moc wrażeń i dobrą zabawę.
Dziękuję Zygaczowi za szaleństwo pomysłu, Ali za obsługę, Siekaczce i Martinowi za "współjednokajakowanie", innym za miłe towarzystwo, panu Bolkowi z Oceanii za pianki płetwonurkowe bez których kontakt z mroźnym, mokrym środowiskiem byłby groźny.
Świat z perspektywy rzeki jest niecodzienny i o tyle zaskakujący. Świat z rzeki zimą jest surowy i dziki, czarny i biały. Na tym tle jaskrawo-żółte kamizelki FX, czerwone końcówki niektórych wioseł. Cienie domostw, łuny świateł mijających miast, światła samochodów zmieniających cienie krajobrazu i nadające wrażenie ożywienia mijanym drzewom.
Zapadający zmierzch i cisza spokojnej rzeki. Leniwa, senna, wyrwana z drzemki zwalonymi konarami. My pośród tej ciszy i tych konarów. Czasem jak lodołamacze lub sanie napędzane siłą rąk, w dłoni których wiosła zamieniły się na chwilę z czekanami.
Gorąca herbata z termosów, cukierki, bitwy morskie, kto kogo wypchnie z nurtu na brzeg. Czasem zmarznięte dłonie i stopy. Pęknięte wiosło, dziura w kajaku, oberwane oparcie, zamoczony aparat. I pęknięta miska olejowa, która przysporzyła trosk Kubie.
Ale zapamiętamy głównie radość z wtargnięcia w baśniową krainę. Rozgrzane wiosłowaniem ramiona, uśmiechy na twarzach wiosłujących i zdziwienie, niedowierzanie na twarzach zaskoczonych mijanych na brzegu ludzi. Wsie i miasta z innej perspektywy.
I Ala, i Kaniasta czekające na nas na brzegu jak latarnie morskie dające poczucie bezpieczeństwa.
I ognisko z kiełbaskami gdzieś po drodze.
Ciepła baza, kąpiel, knajpa wieczorem. I bilard, i piłkarzyki. Nieudolne granie zmęczonymi dłońmi i ramionami. Nawet miejscowy podpity chojrak węszący za burdą. Cywilizacja przygarniająca wodnych wędrowców, ale mordująca nieskazitelną czystość i piękno przyrody poniżej miast, gdzie cudowne, srebrne, mieniące się iskierkami sople i różnokształtne przeźroczyste twory lodowe sąsiadują ze szpetnymi butelkami, workami i meblami wrzuconymi przez jakiś idiotów do rzeki.
Cywilizacja przypomniała nam jeszcze raz o sobie, gdy płynąc w mroku nagle dostrzegliśmy snopy iskier, jak fajerwerki i trzask spięcia elektrycznego kilkadziesiąt metrów od nas. Gdy zgasła łuna świateł na horyzoncie przed nami wiedzieliśmy, że skonał jakiś transformator. Ekscytujący, groźny widok. Najbliższa wieś pogrążyła się w mroku na kilka godzin.
Dla mnie najradośniejsza chwila to ta, gdy na jednym z przymusowych postojów swoją obecnością na drugim brzegu, na lodowych łatach, zaszczyciła nas młoda wydra, która najwyraźniej zaintrygowana nami niespiesznie przemaszerowała brzegiem tuż obok nas niknąc w końcu w lesie. Wydro! Trzymaj się raczej z daleka od ludzi!
I bobry. Nie wiedzieliśmy ich bezpośrednio, ale dziesiątki nadgryzionych, czy wręcz zwalonych drzewek nie pozostawiało wątpliwości, że jesteśmy na terenie ich żeru.
Może dostrzeżemy je w przyszłym roku?
Grociu
Spływ zimowy to chyba jedno z najdziwniejszych moich przeżyć zimowych. Jest niesamowicie zimno, brak czucia w palcach, mróz wewnątrz samego siebie chwilami nawet bolesny. I wydawałoby się ze to uczucie może zepsuć całą zabawę, ale nie...
Płynę i wyczuwam te niesamowita cisze wokół.
Płynę i podziwiam spłoszone łabędzie.
Płynę i widzę girlandy sopli, cały ten zimowy świat pod pokrywa lodu i śniegu.
Płynę i słyszę śmiech przyjaciół.
A najzabawniejsze jest to, ze cala masa ludzi biega teraz po sklepach, kupuje karpia, stoi w kolejkach, gotuje kapustę... Mnie tam nie ma. Mogę pozwolić sobie na to, by płynąc zimowa, cicha rzeka. Spływ trwał zaledwie "chwile", ale to była wspaniała chwila w ten grudniowy czas.
Jadwinia Gulinska
jedna z dwóch kobiet-uczestniczek
FX partnerzy - nawet gdy śnieży
Jadwinia
Do zobaczenia za rok na kolejnej, zimowej , kajakowej wyprawie.
Jakub Zygarłowski
FX partnerzy


