14-16 grudnia 2002
I Zimowy Spływ Kajakowy z FX-em
W weekend 14-16 grudnia 2002 pod patronatem medialnym Gazety Wyborczej "FX partnerzy" zorganizowali na rzece Wełnie zimowy spływ kajakowy.
10 śmiałków (w tym jedna dziewczyna) nie zważając na mróz i śnieg zdecydowało się spędzić trzy kolejne dni w kajakach. Pomysłodawcą imprezy był Mateusz Niedbała - podróżnik oraz fotografik współpracujący z "FX partnerami". Szefem i głównym organizatorem wyprawy był Jakub Zygarłowski.
Spływ rozpoczął się w piątek po południu. Uczestnicy ubrani w specjalne kombinezony wypożyczone z Centrum Działalności Nurkowej OCEANIA oraz zaopatrzeni w latarki "czołówki" zwodowali kajaki w miejscowości Pruśce Młyn.
Pierwszy odcinek liczył prawie 10 kilometrów. Brzegi dość wartko płynącej Wełny były skute lodem. Temperatura powietrza wynosiła minus 8°C, wiał silny wiatr i padał śnieg. Po kilkunastu minutach od startu w świetle latarek ukazały się pierwsze przeszkody - progi wodne. Po momencie wahania kolejne kajaki spłynęły w dół.
Chwilę później uczestnicy napotkali stado łabędzi, które hałasując startowało wprost w kierunku kajaków. Na kolejnym progu wodnym dodatkowym utrudnieniem było zwalone w poprzek rzeki drzewo. Różnica poziomów była tak duża, że każdy kajak przy tym uskoku wpływał dziobem pod wodę. W tym miejscu jedna z załóg straciła wiosło inna zaś nabrała tyle wody, że kajak momentalnie zatonął. Stroje nurkowe uchroniły Mateusza i Maćka przed lodowatą wodą.
Pierwszy nocleg zorganizowany był w bazie harcerskich biegów na orientację o puchar "Skrzętnego Chomika" w Potrzanowie. Wszyscy uczestnicy spływu to obecni lub byli członkowie XIV Szczepu Harcerskiego "Błękitna Czternastka"
Czterech kajakarzy w piątkową noc oraz w sobotę rano wzięło udział w dwóch biegach na orientację zajmując pierwsze cztery miejsca.
Po zakończeniu zawodów rozpoczął się kolejny dzień spływu. Trasa prowadziła z Cieśli do miejscowości Wełna. Po drodze okazało się, że niektóre fragmenty rzeki były tak zamarznięte, że podstawowym środkiem transportu stał się górski czekan. Pierwsza załoga wbijała go w lód i podciągając się do przodu w cieńszych miejscach łamała lód a tam gdzie lód był gruby przesuwała całą kawalkadę do miejsc niezamarzniętych.
Za Rogoźnem, zamarznięty kilometrowy odcinek rzeki kajaki i uczestnicy pokonali samochodem. Już w świetle latarek około godz. 17:30 kajakarze dopłynęli do mostku w Wełnie.
Stamtąd wozem technicznym "FX partnerów" uczestnicy i kajaki dotransportowano do hoteliku w Muzeum Młynarstwa w Jaraczu Młynie. Po kąpieli, i kolacji odbyło się świecznisko, na które przyjechali z Poznania zaproszeni goście. Do późnych godzin nocnych śpiewano piosenki przy akompaniamencie gitar.
W niedzielę kajakarze wyruszyli z Wełny na ostatni odcinek spływu. W Jaraczu Młynie jedna z załóg chciała sprawdzić swoje umiejętności i popłynęła pod ostry prąd rzeczki Młynówki - osiągnęli sukces dopływając pod zabudowania młyna jednak przy nawracaniu prąd wody wywrócił ich kajak i wpadli do rzeki. Po raz kolejny przydały się kombinezony nurkowe.
Na ostatnim etapie uczestnicy mogli podziwiać przepiękne widoki: ogromne sople lodu przy brzegach rzeki, poobgryzane przez bobry drzewa, a także kolejne stada łabędzi. Nie obyło się też bez przenosek przez wystające drzewa oraz przeciskania się pod zwalonymi konarami. Również w ostatnim dniu zakończonym w Obornikach czekan był bardzo przydatny na zamarzniętych odcinkach rzeki.
W oto lista uczestników spływu:
- Jakub Zygarłowski - organizator wyprawy - szef "FX partnerów"
- Mateusz Niedbała - pomysłodawca imprezy - zaangażowany również w organizację spływu - fotografik na urlopie...
- Ala Marciniak - kierowca wozu technicznego - kawiarka - Krakowianka z kwiatkami - kucharka
- Agnieszka Sokolnicka - najmłodszy uczestnik - jedyna dziewczyna na wyprawie
- Jacek Jakubiak - najbardziej doświadczony na wodzie - marynarz
- Witek Smoliński - "niedzielny" kajakarz - płynął tylko ostatni dzień (niedziela)
- Paweł Martinek - lekarz wyprawy - Pan Doktor
- Maciej Klimaszewski - po pierwszym dniu z kajakarza zamienił się w fotoreportera
- Norbert Kapała - jedyny, który nie płynął w nurkowych butach (po wywrotce pewnie wolałby ten typ obuwia)
- Maciej Graczyk - pseudonim M.S. Lodołamacz - torował najtrudniejsze szlaki
- Maciej Gramacki - główny operator czekana - po wywrotce brodził po pas w wodzie
- łabędzie - które towarzyszyły nam od piątkowej nocy do niedzielnego popołudnia
A oto relacje uczestników:
Chciałbym pogratulować i podziękować wszystkim uczestnikom spływu dla Twardzieli. Szczególnie Siekaczowi (jedynej przedstawicielce "młodej" Błękitnej Czternastki), która okazała się nad wyraz twardą i wytrzymałą nie tylko na trzaskający mróz ale także na towarzystwo facetów z średnią wieku koło 30 :-)
Spływ odbył się bez strat w ludziach, co do sprzętu to tylko Jacolowi na małej przeszkodzie zapodziało się jedno wiosło. Myślę że każdy z uczestników opowie jednak swoją przygodę i powstanie przekrojowy obraz spływu.
Ja opowiem o tonięciu kajaka. Piątek, godzina 19, mróz około 10 st., rzeka Wełna, dosyć ciemno bezgwiezdne niebo no i my. Maciej Graczyk i ja a przed nami nieokreślonej wielkości jaz?, stary próg?, tama? Oczywiście tak jak wszyscy wcześniej też to pokonaliśmy tylko podczas przeprawy pojawił się taki problem ze byliśmy najgłębiej zanurzeni (z nieznanych mi powodów :-)) i dziób po progu zanurkował pod wodę nabierając dość spore jej ilości. Jako ze Maciej siedział z tył i kajak miał lekki przechyl ku rufie woda wcześniej nabrana, przemieściła się tam powodując całkowite zanurzenie części rufowej. Oczywiście następstwem było szybkie nabieranie i równie szybkie zatonięcie jednostki.
My utąkani po piersi bystro wyskoczyliśmy na brzeg łapiąc kajak. I tylko dzięki wspaniałym piankom nurkowym użyczonym przez pana Bolka Graczyka (prezesa Klubu Oceania) wsiedliśmy z powrotem do kajaka (po wylaniu wody) i popłynęliśmy pokonywać kolejne przeszkody, o których opowie Jacek z Siekaczem.
Matejko (Mateusz Niedbała)
No cóż! Udało się choć zapewne mieliśmy pewne obawy. Wszyscy jesteśmy chyba zgodni, ze najciekawszym okazał się pierwszy, nocny odcinek. Zapewne dlatego, że był pierwszy, poza tym temperatury były najniższe (woda zamarzała na wiosłach), a łabędzie, które później udało nam się sfotografować czuliśmy tylko na twarzach (dosłownie).
Wiosło zgubiliśmy w okolicznościach dość dramatycznych. Przepływaliśmy pod pniem znajdującym się tuz nad woda. Zmieścił się tylko kajak i Siekacz. W momencie kiedy to wszystko było już po drugiej stronie okazało się, ze ja się nie zmieszczę. Dałem sobie trochę czasu na zastanowienie odpychając się rękami, no ale wiosło musiałem położyć obok. Niestety jak już zdecydowałem się "prześlizgnąć" zahaczając kluczowa częścią ciała (głową!) zapomniałem zabrać ze sobą wiosło.
Potem nieopatrznie próbowaliśmy po nie wrócić, ale zamiast wiosła nabraliśmy pól kajaka wody, ale to już prawie inna historia.
Pozdrowienia
Jacek (Jakubiak)
OK. to teraz moja kolej. Na spływie było SUPER!!!!!
W sumie kajakami płynęło 10 osób: Siekacz z Jackiem Jakubiakiem, Matejko z Maćkiem Graczykiem (załoga - lodołamacz), Gramol z Norbertem, Zygacz z Klimą (w piątek), a od soboty z Martinem, Witek Smolinski (w niedziele)
Tak jak Jacek napisał najwięcej emocji wzbudził pierwszy dzień, a właściwie pierwsza noc. Czasami tylko przy świetle księżyca, a czasami w świetle latarek - czołówek wszystkie przeszkody były nie do końca pewne.
Przed pierwszym progiem, którego wysokość trudno było z bezpiecznej odległości ustalić cala kawalkada zatrzymała się na dłuższa chwile, W końcu Gramol z Norbertem z głośnym okrzykiem bojowym pomknęli w dol. Jak się później okazało był to jeden z niższych progów (ok. 60 cm). Ale to były początki. Po jakimś czasie usłyszeliśmy szum i hałas. W pierwszym momencie pomyśleliśmy z Klimą, ze to kolejny próg jednak już kilka sekund później okazało się ze to zupełnie cos innego.
W świetle latarki z zawrotną prędkością wprost na nasz dziob zaczynał startować ogromny łabędź. Myślę, ze nasze zdziwienie tylko o ułamek sekundy wyprzedziło jego zdziwienie. Gościu w ostatniej chwili stwierdził chyba, że centralnie na jego pasie startowym siedzi w kajaku dwóch facetów (my zgodnie z normami Unii Europejskiej byliśmy oświetleni - w odróżnieniu od łabędzia, który nie miał żadnej lampki od spodu, że o skrzydłach nie wspomnę).
Kiedy stwierdził, że nie jest wstanie wystartować dosłownie centymetry przed kajakiem w rozpaczliwym stylu zakręcił i odpłynął. Jednak po chwili (chyba wziął dłuższy rozbieg) wystartował i gdyby nie wiosła, którymi się zasłoniliśmy poczulibyśmy potężne uderzenia jego skrzydeł.
W ciągu tych trzech dni kilkukrotnie mięliśmy okazje podziwiać startujące łabędzie, co uwieczniliśmy na zdjęciach. Po pierwszym dniu cześć ekipy pojechała na jedzonko a cześć wystartowała w dwóch biegach na orientację w piątek w nocnym , a w sobotę w dziennym. Mimo podeszłego wieku (hi,hi) zajęliśmy czołowe pozycje.
- Gramol
- Matejko
- Zygacz
- Martin
Sobota i niedziela to przepiękne widoczki oraz walka z lodem. Bez czekana, który okazał się w pewnych momentach najlepszym sposobem na pokonanie zamarzniętych odcinków rzeki nie dalibyśmy rady. W sobotę wieczorkiem odbyło się śpiewanko w Jaraczu. Jeszcze raz dziękuje wszystkim, którzy przyjechali!
W niedziele dołączył do nas Witek i rozpoczęliśmy ostatni dzień spływu. Startowaliśmy z miejscowości Wełna. Jednak po przepłynięciu około 2 km okazało się, że rzeka jest już cała zamarznięta na odcinku aż do Jaracza. I po raz kolejny niezastąpiony okazał się nasz wóz techniczny. Myślę, ze Peugeot może być dumny z modelu PARTNER
Firmowe autko "FX partnerów" bez kłopotu transportowało przyczepkę z 5 kajakami oraz 11 osobami na pokładzie!!! Po oględzinach rzeki wystartowaliśmy dalej z Jaracza. I tutaj jedna z załóg (najwięksi komandosi!!! - Norbi z Gramolem) dali się podpuścić Matejce i popłynęli pod prąd w kierunku urządzeń młyna. W tamtą stronę byli nieźli jednak na nawrotce (chyba właśnie wtedy) zaliczyli klasyczną wywrotkę. Ale o tym to napisze chyba Gramol.
Podsumowując:
Spływ był SUPER!!!! Niech żałują Ci co nie pojechali! Niech poczwórnie żałują Ci co mieli pojechać, a nie pojechali! Pianki nurkowe, które mieliśmy pożyczone od Centrum Działalności Nurkowej OCEANIA sprawdziły się rewelacyjnie. Sam miałem duże wątpliwości i niedowierzałem, że można tylko w samej piance bez swetrów czy kurtek ze spokojem płynąc kajakiem, a nawet zanurzać się w lodowatej wodzie. No i oczywiście gratulacje dla Siekaczki, która dzielnie zniosła ekstremalne warunki pogodowe oraz ekstremalne (nasze) towarzystwo. Jeszcze raz dziękuje wszystkim uczestnikom spływu!!!!!
Zygacz (Jakub Zygarłowski)
OK!!!!! teraz ja!!! Nie żałuje tego co zrobiłam!!!! Było super!!!!! Przyznam się, ze miałam na początku nawet spore wątpliwości, do tego, ze ja sama, na spływie dla twardzieli!!! Ale cóż, udało się przetrwać ekstremalne warunki i pogodowe, i oczywiście Wasze (samych facetów) towarzystwo!!!
Przyszedł czas na historię:
Rzeczywiście, najwięcej niespodzianek było pierwszego dnia, a właściwie późnego wieczoru!!! Płynęłam z Jackiem, i pierwsze progi pokonywaliśmy ze śmiechem, i żadnym niepokojem, że możemy się na takiej rzeczce przewrócić, ale to skończyło się w feralnym miejscu gdzie zgubiliśmy wiosło!!!
Może powiem jak to się stało, ze wpłynęliśmy tam pierwsi. Tak naprawdę pierwszy był Gramol z Norbertem, ale tak gdzieś około 15 metrów przed progiem zatrzymali się i powiedzieli, ze są twardzielami, ale pierwsi tam nie wpłyną. Jako że nasz kajak był drugi my ruszyliśmy, z błoga nadzieja, ze przeżyjemy!!! Zbliżając się zobaczyłam, ze nie będzie tak łatwo i wystawiłam ręce, żeby uniknąć katastrofy, ale to nic nie pomogło, ratując się puściłam wiosło i szybko w głąb kajaka! Mnie się udało, ale czy Jackowi? Tylko usłyszałam, ze Jacek żyje. Złapał wiosło. Nie wiedziałam, że on też je puścił, i ze świadomością, że wszystko jest w porządku i że mamy dwa wiosła popłynęliśmy dalej. Dopiero po chwili zobaczyłam, że mamy tylko jedno.
Chwila szukania, ale Jacek stwierdził, że albo popłynęło ale raczej gdzieś się zaplątało i zostało na progu. Tak było, kręciło się tam w wirach rzeki. Chłopacy widzieli je z brzegu, ale nie mogli podejść, poza tym Zygacza i Klimę już wciągało! Jacek zaczął płynąć po wiosło, a ja zaczęłam widzieć siebie w wodzie. Zaczęło nas obracać, wiosła, po które płynęliśmy już tam nie było. Woda zaczęła się wlewać do środka kajaka, Jacek kazał mi się odpychać, z przerażenia włożyłam ręce do wody, próbując się odpychać, ale było na odwrót, zaczęło mnie wracać!!! Nagle zobaczyłam kogoś dużego z wiosłem na kłodzie drzewa. Maciej (M.S.Lodołamacz) Graczyk rzucił je w moja stronę - to chyba nas uratowało!!! Odpłynęliśmy, ale jeżeli później był próg, nawet minimalny przepływałam przez niego z dusza na ramieniu!!!
Jeszcze cos: mój skok na ląd!!!
Drugiego dnia, było gorzej, ponieważ rzeka była zamarznięta musieliśmy przenieść kajaki, a z tym związane było wejście na brzeg. Dopłynęliśmy z Jackiem do miejsca, gdzie podobno można było zejść. Zgodnie z regułą "kobiety maja pierwszeństwo" Jacek powiedział mi, że mam się rzucić na krzaki, które ładnie uklepał, żeby było mi wygodniej. Z zaufaniem rzuciłam się we wskazane miejsce, ale tym razem się zawiodłam. Był to tylko cienki lód, na którym rosły krzaki. Z tego skoku wyszłam mokra z delikatnie rozciętą wargą.
Dzięki wszystkim, którzy przyczynili się do powstania i zorganizowania tego spływu!!! Dzięki za mile towarzystwo!!!
Siekaczka (Agnieszka Sokolnicka)
Ja również gratuluję wszystkim płynącym. Siekacz była niesamowita, że się odważyła płynąć. Dzięki organizatorom za imprezkę.
PS. Co do przygód: z Norbasem zaliczyliśmy wywrotkę na wąskim kanale z szybkim nurtem. Płynęliśmy pod prąd, aby dotrzeć do miejsca, gdzie spada woda. Kiedy osiągnęliśmy cel, włączyliśmy jałowy bieg i zaczęliśmy płynąc tyłem, razem z nurtem. Po kilku sekundach postanowiłem obrócić kajak w kierunku płynięcia. Norbi zauważył, ze to może być niebezpieczne.
Miał racje, bo kajakowi, który wbił się tyłem w jeden brzeg zabrakło 10 cm do wykonania obrotu, zawadził o drugi brzeg tamując tym samym cały nurt. Przechylił się na bok i poczuliśmy miły chłód grudniowej rzeki. Była to jedyna prawdziwa wywrotka na tym spływie. Koniec!!! Już w strojach normalnych. Swoją drogą byłem już na ośmiu spływach. Pierwszą wywrotkę miąłem na pierwszym spływie na Wełnie w 95 roku, ostatnią wczoraj. Z tym że na Wełnie byłem dwa razy. Zawsze się wiec na niej wywalam. Takie już mam zezowate szczęście :-)
Gramol (Maciej Gramacki)
Jeszcze raz dziękuję wszystkim uczestnikom za wspólną zabawę i zapraszam no kolejne imprezy z FX-em.
Jakub Zygarłowski
FX partnerzy